Paweł Żukowski – artysta niebanalny

Paweł Żukowski – artysta niebanalny

W Branżowych rozmowach z  … gościmy dzisiaj Pawła Ponurego Żukowskiego.


Paweł i żurawie

[Robert] – Zacznijmy nie od typowego pytania, kim jesteś i co porabiasz w życiu ale od jednego z Twoich niedawnych projektów artystycznych pt. 1000 żurawi dla równości., który prowadziłeś w ramach Poznań Pride Week. Opowiedz nam o nim.

[Paweł] – W tradycji japońskiej istnieje przekonanie, że jeśli ktoś zrobi 1000 papierowych żurawi z origami, to spełni się jego marzenie. Postanowiłem zrobić coś podobnego, ale zapraszając do tego kompletnie obcych ludzi, bo samemu mi raczej by to nie wyszło. Pomyślałem, że warto zrobić te tysiąc żurawi w intencji równości, w końcu Pride Week organizuje się dookoła Marszu Równości. Poznańska Grupa Stonewall nagłośniła wydarzenie, więc siedziałem przez trzy dni po sześć, siedem godzin na KontenerArt w Poznaniu z odpowiednią ilością papieru, składając żurawie, nawlekając je na sznurki i montując do drzewa.

Powodzenie projektu przeszło moje najśmielsze oczekiwania, nigdy nie było takiego momentu, że przy stolikach siedziałem sam. Ludzie przychodzili, składali żurawie, opowiadali swoje historie i szli dalej, a żurawi przybywało. Nie spodziewałem się takiego przyjęcia i byłem szczerze wzruszony, bo z reguły pracuję sam, w pracowni, bez świadków. Pierwszy raz zrobiłem taką partycypacyjną akcję i efekt, a raczej ilość tej dobrej energii, która z niego płynęła, mnie totalnie zaskoczyła. Wróciłem do Warszawy bardzo pozytywnie naładowany z takim poczuciem, że może to, co robię jako artysta, ma jakiś sens. Że może warto ze swoimi działaniami wychodzić do ludzi, bo nie ukrywam, że mam z tym problem.

[Robert] – Poznań rzeczywiście tętnił życiem w tamtym okresie ale i Twoje życie jest dość intensywne. Widzimy Cię z transparentami na marszach, demonstracjach, pikietach. Co Cię skłania do takiej aktywności?

[Paweł] – Na pikiety nie chodzę, wolę Grindra 😉 A tak serio to w tegorocznej Paradzie Równości szliśmy z Tomkiem Szypułą z hasłem „Jestem pedałem i obowiązki mam pedalskie” – trawestacją hasła z jakichś pism Romana Dmowskiego. Jako pedał jestem dyskryminowany przez państwo, więc moim pedalskim obowiązkiem jest biegać na demonstracje, podpisywać petycje, walczyć o swoje. A że generalnie ciężko mi się współpracuje z ludźmi, więc jako artyście pozostaje mi namalowanie sobie ładnego transparentu i wyjście z nim na ulicę. Do żadnej organizacji się nie nadaję.

Poza tym w latach 80-tych moja rodzina udzielała się w Solidarności i różnych związkach zawodowych, Okrągły Stół pamiętam jak przez mgłę, ale pamiętam, że działo się wtedy coś ważnego. Teraz dzieją się tak samo ważne, a raczej przerażające rzeczy, więc nie mogę ot tak sobie się na to wypiąć i udawać, że jestem ponadto, że to mnie nie dotyczy, bo przecież zawsze mogę wyjechać. A ja nie chcę stąd wyjeżdżać i uważam, że tę podłą rzeczywistość można jakoś zmienić.

[Robert] – Wolność dla artysty to chyba rzecz najważniejsza. Co Ciebie czyni wolnym?

[Paweł] – Nie mam pojęcia. Może jakaś niezależność w myśleniu. Jeżeli mówimy o wolności w moich działaniach artystycznych, to raczej hołduję zasadzie, że wszystko wolno, ale nic nie trzeba. W łóżku zresztą wyznaję tę samą zasadę. Nie mam obowiązku produkowania artefaktów artystycznych, robię to, bo traktuję sztukę jako dodatkowy język komunikacji. Mogę o sobie powiedzieć, że nazywam się Paweł Żukowski, znam polski, angielski, francuski oraz sztukę. To jest dodatkowy język wypowiedzi, kanał komunikacji, w którym z mniejszym lub większym powodzeniem się wypowiadam.  Mam nadzieję, że z większym.

Inspiracje

[Robert] – Na Twojej stronie http://www.pawelzukowski.com możemy obejrzeć niektóre Twoje prace. Reprezentują one bardzo szeroki wachlarz zainteresowań twórczych. Od spraw przyziemnych, po fetyszowe. Od postaci świętych wychodzących do nas z deski kuchennej, po goldenboys (to koniecznie trzeba obejrzeć!). Co Cię inspiruje?

[Paweł] – Może to zabrzmi banalnie, ale po prostu życie. Annie Leibovitz w przedmowie do albumu “A Photographer’s Life” napisała, że nie ma dwóch żyć – że jest tą samą fotografką robiąc okładki do Vogue i fotografując swoją rodzinę podczas grilla. Ja mam tak samo. Nie potrafię oddzielić sztuki od życia, tak jak nie potrafię oddzielić życia od seksu, a jeśli seks spotyka sztukę, to wychodzą właśnie takie projekty jak wspomniany przez Ciebie cykl “Goldeboys”. Prawie wszystkie prace na stronie powstały na bazie prywatnych zdjęć, niektóre z nich były spontaniczne, a niektóre, gdy wgryzałem się w pracę nad jakimś cyklem, powstawały już z intencją, że coś z tego będzie dalej, że to nie jest zwykły pstryk komórką, tylko z obrazem, który z tej komórki wyjdzie, będę jeszcze pracował.

Skończyłem fotografię – OK, ale fotografia służy mi za szkic do czegoś więcej. Wolę poeksperymentować sobie w pracowni I wymyślać własny język wypowiedzi artystycznej niż bawić się w oświetlanie, ustawianie, retuszowanie itp., itd. Mnie to po prostu cholernie nudzi, na dodatek wymaga współpracy z ludźmi, za czym, jak wspomniałem, nie przepadam.

[Robert] – Pozostańmy przy tematyce fetyszowej. Kolekcja wykonana na deskach (popraw mnie jeśli się mylę) była już wystawiana oficjalnie. Gdzie? Kiedy? Z jakim odzewem została przyjęta?

[Paweł] – Pierwszy raz wystawiałem kilka z tych prac rok temu w Krakowie przy okazji tamtejszego Marszu Równości organizowanego przez Queerowy Maj. Tematyką była seksualność i szeroko pojęty fetysz. Było sympatycznie i w doborowym towarzystwie (pozdrowienia dla Pawła Spychalskiego), wystawa była udana. Potem dostałem propozycję zrobienia solowej wystawy – notabene reFForm był jej patronem – w miejscu, któremu nie chcę robić reklamy, a która zamiast wisieć dwa miesiące, została zwinięta bez mojej wiedzy i zgody po czterech dniach, bo podobno „siała zgorszenie”. Jakby właściciel miejsca i organizator nie wiedzieli, co się znajduje na tych cholernych deskach. Nawet niespecjalnie mogłem zrobić aferę z tego powodu, bo dochodziły do wszystkiego pewne relacje natury romantycznej, relacje oczywiście się schrzaniły, a tych dwóch skurwysynów najchętniej bym pobił.

Szczęśliwie parę miesięcy później udało mi się je pokazać w Berlinie w The Ballery – galerii w samym środku Schonebergu, gdzie na finisażu okazało się, że podziwia je Dirk Durham, prezes Tom of Finland Foundation. To było ultra przyjemne, mega łechczące artystyczną próżność, ale też smutne, bo ja naprawdę nie chcę wyjeżdżać do Berlina, żeby pokazywać to, nad czym pracuję, tylko chciałbym mieć ten Berlin w Warszawie. Berlin szczęśliwie się objawił, bo dzień przed warszawską Paradą Równości, brałem udział w jednodniowej wystawie z cyklu „Homosurrealism” razem z całą masą innych artystów, wieczór dał mi przekonanie, że jednak i tu nad Wisłą można. Zobaczymy, co przyniesie czas.

[Robert] – Sprzedajesz swoje prace? Jak je można nabyć?

[Paweł] – Tak, sprzedaję te prace, można je kupić za całkiem nieduże pieniądze, ale mimo tego, że mam też dyplom z SGH, to jestem marketingową dupą i nie potrafię zadbać o promocję własną (tym bardziej dziękuję za propozycję wywiadu). Na stronie wisi stosunkowo niewielka część tego, co powstaje w pracowni, bo zamiast robić takie rzeczy jak dokumentacja, wrzucanie na stronę itp., wolę się zająć robieniem czegoś nowego. Najlepiej łapać mnie przez maila albo wpaść do pracowni, żeby nie kupować kota w worku. Często, jeśli mam okazję, dorzucam swoje prace na aukcje na jakiś cel LGBT, bo z reguły schodzą za większe pieniądze, niż mógłbym na ów cel przeznaczyć w gotówce.

[Robert] – Zastanawiam się jak Paweł Żukowski – artysta postrzega codzienność. Jak mu się żyje? Co go wkurza a co uwielbia robić?

[Paweł] – Limituję sobie kontakt z rzeczywistością, od nadmiaru bodźców puchnie mi głowa, wolę się zamknąć w pracowni i robić coś niż czytać wiadomości z Polski. Żyje mi się raz lepiej, raz gorzej, myślę, że tak jak wszystkim bi-polarom. Wkurzają mnie niedziele niehandlowe, kiedy Leroy Merlin jest zamknięty, a mi się akurat farba w sprayu skończyła. A lubię wycieczki po śmietnikach w poszukiwaniu fantów.

[Robert] – Gdybyś musiał przez długi czas przebywać na bezludnej wyspie, to jakie 3 rzeczy zabrałbyś ze sobą?

[Paweł] – Scyzoryk, szkicownik, zestaw nasion.

[Robert] – Aktualnie w Polsce toczy się ogromna walka polityczna. Sądzisz, ze środowiska LGBT powinny się w nią angażować?

[Paweł] – Aktywiści będą się angażować zawsze, bez względu na to, czy są ze środowiska LGBT czy nie. Jest taka teoria, że środowiska mniejszościowe w sytuacji zagrożenia demokracji reagują szybciej, bo zdają sobie sprawę, że w przypadku autorytaryzmu mogą stać się niepożądaną mniejszością, na którą łatwo szczuć tę teoretycznie „normalną” część społeczeństwa. Nie wiem, nie odpowiadam za żadne środowisko, tylko za samego siebie i będę się angażował dopóki mi starczy sił albo dopóki sytuacja tego będzie wymagać.

[Robert] – No ale kto ma wojsko, policję, inne służby ten rządzi. Czy można walczyć flagami, transparentami, okrzykami?

[Paweł] – Nie są to jedyne metody walki, jest jeszcze cała zakulisowa polityka, o której nie mamy zielonego pojęcia, a ja tym bardziej. Dyplomacja i złożoność innych mechanizmów przerasta moje zdolności intelektualne. Moje metody to transparenty i demonstracje, z moim ulubionym hasłem ostatnich tygodni „WYPIERDALAĆ!”

Paweł – aktywista

[Robert] – Życie geja w dawnej, dawnej Polsce było sferą niewidoczną, ukrytą w podziemiach. Dzisiaj środowiska LGBT nie ukrywają się tylko aktywnie biorą udział z życiu publicznym. Jakie hasła tychże środowisk są Ci szczególnie bliskie?

[Paweł] – Wszystkie. Przez zapisy o mowie nienawiści, przez zakaz dyskryminacji ze względu na orientację, przez dopisanie do Kodeksu Karnego instytucji przestępstwa z nienawiści z uwzględnieniem motywów homofobicznych, aż do małżeństw jednopłciowych z prawem do adopcji. Plus wszystko to, czego domagają się osoby spod literek T, I, A, a co jest mi kompletnie obce, bo jestem zwykłym cispłciowym gejem. I wcale nie uważam, że to jest „za dużo”. To jest minimum. Prawa pedała prawami człowieka.

[Robert] – Można Cię spotkać w wielu miejscach artystycznych, jak wystawy, plenery, koncerty ale także i w klubach oraz podczas przedsięwzięć fetyszowych. Jak bliski jest Ci fetysz?

[Paweł] – Masz chyba jakieś nieaktualne informacje, bo wychodzę z domu od wielkiego dzwonu. Ale jak już wychodzę to faktycznie, jest to wielki dzwon, który przestaje bić po trzech dniach. Jak bliski jest mi fetysz? Nie wiem. Kiedy dziewczyna zakłada seksowną sukienkę i szpilki to jest OK, a jeśli facet zakłada harness, glany i skórzane spodnie to nazywa się go od razu fetyszystą, jakby miało być to coś bardziej perwersyjnego. A przecież chodzi o dokładnie to samo, tylko zmieniają się adresaci i środek wyrazu. Może dlatego, że kobiety w przestrzeni publicznej są dużo bardziej seksualizowane niż faceci. Moim pierwszym fetyszem była guma, ale kiedy schudłem 30 kg i zacząłem w niej wyglądać jak spalona wykałaczka, to dałem sobie spokój.

Jakiś czas temu odkryłem singlety z lycry i to jest obecnie rzecz, która mnie kręci najbardziej, a po hashtagu #gaylycra na instagramie widzę, że nie jestem w tym sam. Oldschoolowe ciuchy Adidasa kupuję na Allegro od tylu lat, że nie traktuję tego jako fetysz, a jako stały element garderoby. Skórzane spodnie uratowały mi parę razy dupę na wyjazdach, kiedy trzeba było ładnie wyglądać – wyjmujesz je z walizki i nie musisz ich prasować, bo wyglądają świetnie. Glany to niezastąpione obuwie zimą, a harnessy uważam za cholernie eleganckie, no i nie duszą pod szyją tak jak krawat. Szliśmy w nich z kumplem niosąc transparent w Poznaniu – pod rozpiętą białą koszulą wyglądają bardzo efektownie.

Ciężko mi powiedzieć jak bardzo bliski jest mi fetysz, bo nie ma chyba na to żadnej skali na to, a Gazeta Wyborcza nie zrobiła psychotestu do rozwiązania. Jestem pedałem, który przez wiele lat pracował w magazynach o modzie i siłą rzeczy zwracam uwagę na to, co zakładam i w jakich okolicznościach. Moda to nie tylko przemysł wyzyskujący ludność w Bangladeszu, to też język komunikacji, a fetysz jest tego języka częścią. Mniej więcej o tym jest mój cykl „Multifetish”, gdzie ciała facetów zredukowane są do linii, natomiast elementy garderoby są plamami koloru. To ciuchy są jego głównym bohaterem, a nie nieistotni z mojego punktu widzenia modele. Fetysz jest dla mnie opcją, a nie koniecznością.

[Robert] – A fetyszowe imprezy? Bywasz?

[Paweł] – Jeżeli bywam, to poza Warszawą, bo tutaj z reguły w wolnym czasie siedzę w pracowni albo mam doła. Poza miastem bardziej się otwieram na obcych ludzi, czego efektem na przykład była akcja z 1000 żurawi. Chociaż parę razy wyszedłem w fetyszu na zwykłe gejowskie imprezy, ale raczej z przekory, żeby ściągnąć ten Berlin myślami do Warszawy. Wiesz o tym chyba lepiej niż ja kto i co kupuje w reFForm, ale po klubach tego nie widać. Albo ja nie widzę, bo za rzadko wychodzę.

[Robert] – Spytam jeszcze o Twoje zdanie o scenie fetyszowej w Polsce. Istnieje? Jak się ma? Co o niej sądzisz?

[Paweł] – Moja ulubiona część sceny fetyszowej w Polsce to moje mieszkanie, sypialnia i pracownia. A ta istnieje, ma się świetnie, rozwija się i życzę jej jak najlepiej.

[Robert] – Dziękuję Ci serdecznie za poświęcony czas i za wywiad. Mam nadzieję, że czytelnicy bloga poznali pełniej i Ciebie, jako człowieka, i Twoją działalność, jako artysty z misją.

[Paweł] – Podobno zyskuję przy bliższym poznaniu, tak że też mam taką nadzieję. Dzięki.


Wywiad autoryzowany w dniu 20 sierpnia 2018 r.

Wywiad poprowadził: Robert Strzelecki
Foto: z archiwum Pawła P. Żukowskiego